Home / Recenzje / Fallout – recenzja gry
Fallout – recenzja gry

Fallout – recenzja gry

Spalona słońcem ziemia, na której próżno szukać bujnej roślinności, nie licząc wyschniętych krzaczków i okazałych kaktusów. Ruiny miast, szczątki dróg i autostrad, a na poboczach opuszczone pojazdy: zardzewiałe, zdemontowane, opuszczone. Wyblakłe billboardy przypominające o tym, że kiedyś było inaczej, że kiedyś było lepiej, że bez obaw można było napić się wody z kranu, a wdepnięcie w sadzawkę nie groziło napromieniowaniem. Kiedyś supermarkety kojarzyły się z zakupami, a nie z siedzibą naćpanych, szalonych i bardzo brutalnych bandytów. Kij od golfa nie jest już zwykłym kijem, podobnie jak kij od baseball’a – teraz wszystko jest bronią i jeśli chce się zobaczyć następny dzień albo po prostu przeżyć wizytę w opuszczonym sklepie czy na stacji benzynowej, trzeba o tym pamiętać i być uzbrojonym. Bo jak nie bandyci to olbrzymie radskorpiony albo gigantyczne kretoszczury przypomną nam, że w tym świecie nie jesteśmy już na szczycie. Ludzie żyją w rozproszeniu, podzieleni na frakcje, często wrogo do siebie nastawieni i ciężko jest zdobyć czyjeś zaufanie, a co dopiero znaleźć przyjaciół. I choć ten świat jest wrogi, okrutny i za wszelką cenę próbuje nas zniszczyć to jednak wracam tam regularnie. Ja i miliony innych graczy.

Przygoda zaczęła się w 1997 roku wraz z grą rpg Fallout: A Post Nuclear Role Playing Game, która kreśliła ponurą wizję przyszłości: 23 października 2077 roku wybuchła wojna atomowa i choć trwała zaledwie dwie godziny, zmieniła wszystko. Ludzie zamknęli się w podziemnych schronach i przez kolejnych 80 lat nie postawili stopy na zewnątrz, co jakiś czas wysyłając tylko zwiadowców, z których żaden nie powrócił. Jednakże pewnego dnia awarii uległ system uzdatniania wody, a pozostałe zapasy nie mogły wystarczyć na długo, dlatego ktoś musiał opuścić kryptę i znaleźć moduł pozwalający na naprawę systemu.

Przemierzanie Pustkowi podbiło serca graczy, już rok później na sklepowe półki trafił Fallout 2, który na dobre zadomowił się w umysłach i na twardych dyskach. My, gracze, chcieliśmy jednak więcej. W 2001 roku dostaliśmy Fallout Tactics: Brotherhood of Steel – bardziej strategię niż rpg, ale przyjętą ciepło bo to w końcu też były „nasze” Pustkowia.

Przez siedem długich lat odwiedzaliśmy te same miejsca, rozgrywaliśmy te same potyczki, ale nie traciliśmy nadziei na nową przygodę. Cierpliwość graczy została nagrodzona w 2008 roku, kiedy to światło dziennie ujrzał Fallout 3 – gdzie tym razem mogliśmy przemierzać Pustkowia w pełnym 3D i z perspektywy pierwszej osoby. Chociaż wspaniale było znowu zmierzyć się z mutantami i posmakować Nuka Coli, „Trójka” pozostawiła po sobie niedosyt. My, gracze, wciąż byliśmy nienasyceni, wciąż mieliśmy apetyt na więcej. I dostaliśmy. W 2010 roku na kolana rzuciło nas Fallout: New Vegas, które ma w sobie wszystko to, o czym gracze marzyli i kieruje się zasadą: więcej, bardziej, dłużej.

To nie jest opowieść dla wszystkich. Świat Fallout’a jest brudny, brutalny, bywa bardzo okrutny i uwielbia szokować, ale jest też spójny, fascynujący i przede wszystkim ma KLIMAT. Dlatego czekając na Fallout 4 biorę w dłoń kij do golfa, na plecy zarzucam karabin plazmowy i idę w stronę New Vegas sprawdzić, czy gdzieś nie ostały się jakieś niedobitki bandytów. To taka moja prywatna wojna, a wojna – jak wiadomo – nigdy się nie zmienia.