Home / Felietony / Pewna epoka – minęła…
Pewna epoka – minęła…

Pewna epoka – minęła…

Ostatnio coraz to mniej uwagi poświęcam grom komputerowym. Człowiek nie ma czasu już na nic. Ale nie wypada zajrzeć tu i nic nie napisać. A o czym dziś będzie? O temacie bardzo ciekawym i jednocześnie poruszającym. O czasach, które już nie wrócą. Zapraszam do dalszej lektury.

Gdzieś wieczorem, w piątek, zadzwonił kumpel z bardzo ciekawą informacją. Sam z siebie – nie byłem wtedy niczym zainteresowany, bo już po pracy człowiek delikatnie na „procku” (takim trochę „chwiejnym”, he he ). Ale dało mi do myślenia, że nasz rodzimy Techland próbuje i walczy nad serią Call of Juarez. Tylko, że tym razem ma być powrót do „przeszłości”, niczym z początków serii. Tak, grałem u znajomego w „najnowszego” Cartela i powiem szczerze, że w nudniejszego i tak niedopracowanego COJa nigdy w życiu nie grałem. Pomyślałem, że może to być faktycznie, jakaś „rewolucja” w połączeniu z najnowszą technologią – no dobra, może najwyżej niezły skok do przodu – byle nasi chłopcy tego nie zepsuli. Dzisiejszym jesiennym już rankiem wstałem i znalazłem tego newsa. Daję do niego link, abyście i Wy nie musieli odgrzebywać dziesiątek newsów do tyłu.

Czytając opis pomyślałem, że może być faktycznie nieźle – z trailera nie wyciągnąłem zbyt wiele, ale wierzę… Rozczarowało mnie jedynie zdanie, że gra ta będzie rozprowadzana wyłącznie cyfrowo. To zniesmaczyło mnie bardzo, powiem grubiej – skłoniło do napisania tego, co właśnie czytasz i co będzie dzisiejszym tematem. Jeśli nasi inwestują już w taką metodę rozprowadzania gier, to właściwie cały świat także z niej skorzysta. Wersje pudełkowe pewno będą – i owszem, ale niestety – pewnie i tak z czasem coś takiego będzie już jedynie „przestarzałym typem opychania”. I może nie jest to jakaś typowo inna metoda, ale mówię wam, że człowiekowi, który jeszcze „żyje” czasem konsol z lat 90. i dyskietek niestety to duży skok do przodu – zwłaszcza, że nad tym szybkim postępem nie panuję. Nie wiem, co to będzie za lat 10, 20, 30. Być może wtedy zapomnę już o tym „fachu”. Albo nie, no bo przecież któregoś tam grudnia ma być koniec świata. Ludzie, ludzie… Zatem opowiem Wam, jak to było kiedyś, za czasów początku wieku XXI. Jak się grało. To były o wiele lepsze czasy. I nie tylko pod tym względem, czyli grania. I już kiedyś się upierałem, że napiszę, ale nie mogłem się zebrać…

Moja historia z grami zaczyna się „za gówniarza”, czyli przy końcu lat 90. Nie wiem do dziś jak, ale zdobyłem konsolę SEGA. A dokładniej 16-bitową SEGA Mega Drive II. I wiecie co – mam ją do dziś. I do dziś działa. Mam nawet kilka gier na nią. Ale to inna historia. Nie wiem też jak, ale zdobywałem gry to od kumpli, to od kuzyna… i tak kiedyś stworzyłem całą i malutką zresztą kolekcję. To były piękne czasy. Pamiętam do dziś, jak wakacyjnymi wieczorami przy szklanej butelce Coca Coli i paczce paluszków przygrywałem z bratem na niej w Sonica, Terminatora, coś podobnego do Mortal Kombat, Kevina, Jurassic Park, Batmana oraz moją ulubioną – Toki. I tym podobne tytuły.

Pozostawiam Wam także gameplay z 3 pierwszych misji. Zwróćcie uwagę nie tylko na obraz. Ale na dźwięk, atmosferę – wszystko.

A że pada mieliśmy tylko jednego, zmienialiśmy się co Game Over. I ze względu na to, że konsola ta nie miała żadnych zapisów, wszystko przechodziło się od początku do końca za jednym zamachem, po kilku niepowodzeniach niestety trzeba było grę przechodzić od nowa. Nawet, jak doszło się pod sam koniec Z jednej strony to denerwowało, z drugiej determinowało. By zagrać raz jeszcze, by być jeszcze lepszym.

Kto pamięta tamte czasy, wie, jaki klimat teraz czuję. I nie tylko ja.

Niedługo potem kupiłem pierwszy komputer, ale to już jest mniej ważne, nie licząc tego, że gdzieś tu już o tym pisałem. Tytułów takich jak Max Payne 2, Far Cry, Soldier of Fortune 2, ShellShock Nam ’67, serii Commandos – nie zapomnę do końca życia. To właśnie między innymi przy nich bawiłem się najlepiej. 

To także były niezłe czasy. I właśnie gdzieś w tamtym okresie chyba pierwszy raz miałem styczność z magazynem CDA. Brat kupił, bo chciał jakieś tytuły do przejścia. Potem był już internet i oprócz tego, że czytałem pismo, z czasem mogłem czytać także newsy na stronie internetowej.

I chyba w tym całym graniu na komputerze najlepsze było to, że nie chodziło tu o samo granie. A o ciągłą walkę z ulepszaniem sprzętu, by coraz to nowsza produkcja mogła ruszyć i to bez problemów i zacięć. Teraz wystarczy załadować jakiś i7 kilku rdzeniowy, grafikę kilka GB, dysk kilka TB i sprawa rozwiązana zapewne na najmniej kilka lat. Wtedy tak niestety nie było. Edukacja jednak sprawiła, że zostawiłem za sobą ogromna przerwę w tym temacie, a sprzęt rzuciłem gdzieś w kąt. Miałem już nigdy nie wrócić. Ale wróciłem. Odkurzyłem konsole, stary komputer. I dziś mogę się patrzeć z dumą na moje dawne źródło hobby.

Teraz jak przyglądam się wszystkim tym nowinom, cyfrowej dystrybucji, najnowszym zabezpieczeniom… Cholera. Wszystkie te zabezpieczenia na płytach w większości utrudniają niż zabezpieczają grę. A kiedyś? Po co crackować? Skoro i tak idea działania była zupełnie inna jak dzisiaj. Jest program na dyskietce, jej nie ma sensu i chyba jak oraz po co crackować. To było najlepsze zabezpieczenie. Wsadziłeś do konsoli, grała. wyciągałeś – czarny ekran z logo SEGA Niestety tak było. I dobrze było.

Niestety tamte czasy minęły. Jednocześnie minęła jakby pewna epoka. Dlatego, że większość tu obecnych to wiek gimnazjalny – to generalnie dla Was ten post, byście mogli zobaczyć, jak to wszystko kiedyś wyglądało.

Dzisiaj… pozostały tylko wspomnienia.

Pozdrawiam wszystkich, którym gdzieś tam w duszy grają jeszcze dźwięki Amigi, SEGI i innych i którzy nie poddali się dzisiejszym trendom…